Komunikat o stosowaniu plików cookies

W celu usprawnienia funkcjonowania witryny www.cushmanwakefield.pl, korzystamy z technologii plików cookies. Jeśli nie chcesz aby pliki cookies były instalowane na Twoim komputerze zmień ustawienia swojej przeglądarki. Dalsze korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki oraz Polityką Plików Cookies.


Lucyna Śliż - Ironlady w Cushman & Wakefield

Kliknij, aby powiększyć

Umiejętność stawiania sobie nowych celów i ciągłe podwyższanie poprzeczki, czy drobiazgowe planowanie i odpowiednie wsparcie otoczenia? A może jednak predyspozycje i talent? – Co tak naprawdę decyduje o tym, czy osiągniemy sukces?

W biznesie – podobnie jak w sporcie – ważna jest przede wszystkim siła charakteru. Przepłynąć 3,8 km w jeziorze, przejechać na rowerze 180 km wysoko w górach, żeby zaraz po tym przebiec 42 km z jak najlepszym rezultatem. Nie każdego jest na to stać, bo – jak mówi Lucyna – kryzys przychodzi zawsze, ale najistotniejsze jest to, czy potrafisz go przezwyciężyć.

Z Lucyną Śliż – znaną w branży nieruchomości komercyjnych jako szefowa ds. rozwoju działu powierzchni handlowych w międzynarodowej firmie doradczej Cushman & Wakefield, a prywatnie – Lusią, drobną, tryskającą energią, wysportowaną kobietą z burzą loków na głowie, żoną, mamą dwóch dziewczynek, a ostatnio także zapaloną triathlonistką – tuż przed wyjazdem do Mont Tremblant na pierwsze w życiu zawody na dystansie całego Ironmana, rozmawiamy o wrodzonej chęci zwyciężania i o wychodzeniu ze strefy komfortu.

Lucyna podkreśla, że w przygotowaniach do zawodów ogromną rolę odegrało wsparcie rodziny oraz wyrozumiałość szefa, Charlesa Taylora, partnera zarządzającego Cushman & Wakefield w Polsce, który wyraził zgodę na dodatkowy urlop związany z treningami, zgrupowaniami i wyjazdem na zawody. „Cushman & Wakefield to miejsce, które umożliwia kobietom realizację, zarówno pod względem zawodowym, jak i prywatnie. Czuję się spełniona zawodowo, prywatnie i sportowo, ale przyznaję, że łączenie tego wszystkiego nie jest proste – wymaga dużej asertywności i umiejętności zarządzania czasem. Wszystko da się zrobić, trzeba to tylko odpowiednio wcześniej zaplanować.”

Lucyna Śliż

Lucyna Śliż, od 18 lat jest związana z branżą nieruchomości. Ukończyła wydział Architektury na Politechnice Warszawskiej. Pierwsze kroki zawodowe stawiała pracując w dziale powierzchni handlowych w firmie deweloperskiej Echo Investment, potem w firmie DTZ. Lucyna obecnie zarządza działem powierzchni handlowych w międzynarodowej firmie doradczej Cushman & Wakefield, gdzie jest odpowiedzialna za rozwój biznesu.

Lucyna na co dzień trenuje w klubie „Kuźnia Triathlonu”, gdzie trafiła ponad dwa lata temu przygotowując się do swoich pierwszych zawodów, które miały być swoistym prezentem na 40-te urodziny.

W tym roku po raz pierwszy w życiu wzięła udział w zawodach Ironman na pełnym dystansie. Odbyły się one w Mont Tremblant w Kanadzie.

Zawody udało się jej ukończyć z czasem 10:46:59, dzięki czemu została sklasyfikowana na 4. miejscu w swojej kategorii wiekowej i otrzymała przepustkę na Mistrzostwa Świata Ironman, które odbędą się już 12 października w Kona na Hawajach.

Wywiad w całości:

Mateusz Brzeziński: Jako że nie pracujemy na co dzień razem, to opowiem Ci jak ja widzę Lucy, dobrze? Kiedy dołączyłem do firmy Cushman & Wakefield we wrześniu 2017 roku i po kilku miesiącach wziąłem udział w naszej imprezie integracyjnej pod Legionowem, dowiedziałem się wtedy, że jakaś pani z naszej firmy wskoczyła do wody i pływa. Wiem, że wskoczyłaś do jeziora bardzo rano…

Lucyna Śliż: Tak, o 7:30…

MB: …i przepłynęłaś pewnie jakieś kilka kilometrów?

LŚ: Dokładnie cztery.

MB: Nie jest to mało!

LŚ: … i wystąpiłam w piance.

MB: Czy często tak masz, że pojawiasz się gdzieś wcześniej, żeby wskoczyć do jeziora?

LŚ: Idealną sytuacją byłoby móc trenować na co dzień, w czasie lunchu, ale niestety w Metropolitanie nie mamy blisko basenu i ciężko byłoby mi po treningu przebierać się i wracać do pracy, więc najczęściej trenuję rano albo wieczorem. Kiedyś trenowałam częściej rano, jednak teraz – ze względu na to, że mam dłuższe odcinki treningowe i musiałabym naprawdę bardzo wcześnie wstawać – najczęściej trenuję po pracy. Zaczynam około 18:30 i trening zajmuje mi około 2 godziny, więc przesunęło się to na popołudnie. Rano trenuję już tylko czasami – zdecydowanie częściej wieczorem.

MB: Czy podczas tego naszego team buildingu, trenując rano, przygotowywałaś się do jakichś konkretnych zawodów?

LŚ: Nie, po prostu… To chyba był maj albo czerwiec, czyli na pewno był to okres, kiedy intensyfikujemy nasze treningi triathlonowe, bo zbliża się sezon. Główne starty triathlonowe odbywają się już w czerwcu, lipcu i sierpniu i wtedy najwięcej pływamy na zewnątrz, bo w zimie i na jesieni pływamy w basenie. Pływanie w jeziorze czy w rzece jest jednak inne. Trzeba się do tego przyzwyczaić, trzeba nauczyć się nawigować. I pewnie wówczas miałam taką ideę, żeby mimo wszystko skorzystać z tego pięknego miejsca, bo nasz wyjazd integracyjny był naprawdę w świetnym miejscu i jak tylko zobaczyłam, że jest jezioro, to pomyślałam sobie: „Dlaczego nie skorzystać?” W momencie, gdy łączysz życie rodzinne z zawodowym i z trenowaniem, w naturalny sposób szukasz możliwości i próbujesz korzystać z każdej możliwej nadarzającej się okazji, żeby gdzieś tam ten trening w miarę naturalny sposób wkomponować. No bo nie udaje się to każdego dnia, nie ukrywajmy.

MB: Dwie godziny to jednak dużo…

LŚ: Ale to tylko teraz – w tym roku. Zazwyczaj trening trwa godzinę, maksymalnie półtorej.

MB: Czy Twój trening wygląda tak, że trenujesz bezpośrednio na rowerze i na przykład biegając? Czy są to treningi aerobowe? Jak to wygląda?

LŚ: Triathlon jest ewidentnie sportem wytrzymałościowym i należy w miarę systematycznie trenować wszystkie trzy dyscypliny. Trening na basenie to jest po prostu godzinny trening z trenerem. Wykonujemy różne ćwiczenia, czasem pływamy po prostu objętości, a czasem po prostu trenujemy technikę. Trening biegowy jest też bardzo różny, w zależności od dnia – w weekendy trwa dłużej, w tygodniu to jest zazwyczaj godzina, a rower – w zimie na przykład trenujemy na trenażerach… Mateusz widziałeś trenażer?

MB: Tak się składa, wyobraź sobie, ciekawostka…

LŚ: …że Mateusz ma w domu trenażer?

MB: Nie, nie, ale znam osobę, która ma! Tylko mój kolega, którego mam tutaj na myśli, opowiadał mi, że są jakieś modele tego sprzętu…

LŚ: Są różne modele…

MB: …te high-endowe to jak samochód prawie…

LŚ: Tak. To znaczy na pewno samochód można kupić za niejeden rower czasowy, bo faktycznie ten sprzęt potrafi być bardzo drogi. Ceny butów do biegania są w pewnych określonych granicach, a jeśli chodzi o rowery to jest to „no limits”. Natomiast, wracając do trenażerów, w zimie ten trening rowerowy jest nudny, bo przypinasz rower do trenażera i kręcisz. Można oglądać seriale na Netflixie[A1] , bo trenażer steruje intensywnością i możesz coś oglądać, ale jak tylko zrobi się ładna pogoda, to wszyscy chcą jeździć na zewnątrz. To jest dużo bardziej sympatyczne. No i tak wychodzi: dwa baseny, dwa rowery, dwa biegania – sześć dni w tygodniu.

MB: Jeden dzień dla rodziny?

LŚ: Jeden dzień dla rodziny – tak. Jeden dzień przerwy nawet jest zalecany. Żeby trochę dać odpocząć organizmowi.

MB: Wspomnieliśmy o elementach składowych triathlonu. Czy Ty masz jakiegoś ulubieńca z tych trzech dyscyplin?

LŚ: Ależ oczywiście, że mam ulubieńca.

MB: Próbowałem dojść po czasach, ale nie zawsze jest to możliwe.

LŚ: [śmiech] To się trochę zmienia w czasie. Natomiast od zawsze najbardziej lubiłam jeździć na rowerze i chyba najszybciej ze wszystkich dyscyplin wychodziło mi to dobrze. Aby dobrze biegać musisz robić specjalistyczny trening, musisz biegać interwały… takie wyjście z domu, włączenie sobie zegarka i bieg tempem komfortowym nie przynosi efektu. Trening pływacki jest dla mnie nudny po prostu. Pływasz od jednego brzegu basenu do drugiego. Są oczywiście różne ćwiczenia, które wykonujesz, więc nie jest to zawsze aż tak monotonne, ale mimo wszystko – nie jest to bardzo ekscytujące. Natomiast rower jest świetny. Można na rowerze zwiedzić dużo ciekawych miejsc.

MB: A masz jakieś ulubione miejsca, do których jeździsz na rowerze?

LŚ: Bardzo lubię jeździć po górach. W marcu zawsze jeździmy w góry do Hiszpanii. Lubię także zwiedzać w ten sposób moje Beskidy. Ostatnio na przykład – pochwalę się – jechaliśmy z Warszawy do Pragi: czwartek, piątek, sobota, niedziela. Jechaliśmy przez Szklarską Porębę. Najpierw było płasko: fragment do Łodzi czy z Łodzi do Wrocławia: pola, wioski. Jednak od momentu wjechania w góry w Szklarskiej Porębie zrobiło się ciekawie. No i w Pradze też było świetnie.

MB: Poszukiwałem informacji na temat występów Lucyny Śliz w różnych triathlonach i zaskoczyła mnie informacja o dystansie 70.3 Ironmana z roku 2017. Tam bodaj było wspomnienie o wysokości 2 000 metrów? Dobrze pamiętam?

LŚ: Tak, ponieważ w 2017 roku, kiedy stałam się szczęśliwą czterdziestką, zapisałam się na wyścig w Boulder – to jest taka miejscowość w Colorado, w Stanach Zjednoczonych i ona jest położona na wysokości 2 000 m n.p.m. Przyznam się, że jak się zapisywałam, to tak nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę… A jest ewidentnie dużo trudniej wykonywać wszystkie te czynności aerobowe i wytrzymałościowe na takiej wysokości, bo to nie jest dla nas naturalne środowisko. Było tam wielu zawodników z Meksyku. Nowy Meksyk położony jest na wysokości 2 000 m n.p.m. i wyżej. Wyzwaniem więc faktycznie była wysokość… No ale Boulder jest piękne! To miasto Ultrasów, nota bene. Tam mieszka na przykład Scott Jurek, Anton Krupicka, ale triathloniści też tam trenują, bo bieganie na wysokościach jest wskazane jako element treningu.

MB: I to było na dystansie...?

LŚ: To też była połówka Ironmana.

MB: Czyli to, co Ciebie czeka?

LŚ: … Jest dwa razy dłuższe.

MB: To Twój debiut na takim dystansie?

LŚ: Tak, to będzie pierwszy raz i ewidentnie to już jest dużo, dużo większy wysiłek, więc nie ukrywam, że nawet się go troszeczkę obawiam. Zastanawiam się, jak mi zareaguje organizm, bo nigdy jeszcze nie uczestniczyłam w wysiłku, który trwa przy pewnej intensywności na przykład 10-12 godzin – bo to mniej więcej tyle zajmuje. Deadline wynosi bodajże 16 godzin, no ale dobrze byłoby to zrobić w 11 godzin, a nie w 16.

MB: Jak będzie wyglądała trasa tego najbliższego Ironmana? Czy już ją sprawdzałaś?

LŚ: Ależ oczywiście, że ją sprawdzałam! Jeśli się decydujesz na zawody na pełnym dystansie, musisz to już uzgodnić z rodziną. Musi być pełna świadomość dzieci i męża, co to jest, z czym to się wiąże. Musi być zgoda na to, że nie będzie Cię całą sobotę, sześć tygodni z rzędu. Ewidentnie to było przemyślane i zaplanowane. Wybraliśmy kierunek Kanady z racji tego, że chcieliśmy to połączyć z wakacjami. A zawody w Kanadzie, w których będę brała udział, nie są najprostsze. Bo na trasie rowerowej są przewyższenia 1 800 m. Nie jest to prosta trasa. I tak samo będzie z bieganiem. Stąd moje pewne obawy, bo ja bardzo lubię góry, ale w Warszawie nie mam za dużo możliwości, by trenować na takim terenie. Nie do końca też wiem, ja mój organizm się zachowa, ale mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

MB: Postawiłaś sobie jakiś cel? Czy celem jest dotarcie do mety?

LŚ: Chciałabym to godnie zrobić. Są takie opinie, że do czasu połówki pomnożonej przez dwa powinno dodać się godzinę. To jest przewidywany czas na Ironmanie, ponieważ organizm jest z czasem coraz bardziej zmęczony, tempo spada. Natomiast większość zawodów, w jakich brałam udział, nie było aż tak górzystych, więc ciężko mi przewidzieć, czy ta zasada w tym przypadku się sprawdzi.

MB: Patrzę na ten czas połówki Ironmana z Bełchatowa, który odbył się niedawno…

LŚ: Tam jest 4:52, ale w Bełchatowie teren na rower był pagórkowaty, ale nie był górzysty. Ta różnica wysokości nie jest aż tak duża, jak w Kanadzie.

MB: Mówiłaś, że można zaoszczędzić czas przy zmianach. Jeśli chodzi o sprzęt – czy ten sprzęt z połówki wystarczy do Ironmana?

LŚ: Wystarczy, wystarczy! Triathlon nie jest jednak tanią dyscypliną, jeśli chodzi o sprzęt. Trzeba mieć piankę, okularki. Najdroższy jest rower. Trzeba mieć kask, buty jedne, buty drugie. Zawodnicy mają różne możliwości i różny jest też sprzęt. Natomiast przed długim dystansem ja zakupiłam tak zwany rower czasowy, triathlonowy. To jest rower, który troszeczkę różni się od typowej „szosy” – głównie ustawieniem ciała zawodnika, pozycją, w której się jedzie. W takiej pozycji, jaką oferuje ten rower, jest faktycznie łatwiej przejechać dystans 180 km. Na „szosie” jesteś wyprostowany, na „czasówce” – bardziej zgięty, pozycja jest bardziej aerodynamiczna. I jest mimo wszystko wygodniej. I mięśnie czworogłowe uda są mniej obciążone. Jest mniejsze prawdopodobieństwo, że podczas biegu wystąpi skurcz, że te nogi będą boleć.

MB: Oprócz treningu fizycznego, by przygotować organizm, ważne jest chyba też przygotowanie mentalne. Czy Ty masz jakieś metody, by się podczas zawodów motywować? O czym myślisz, płynąc albo jadąc na rowerze?

LŚ: Ciekawe pytanie. Naturalnie, podczas wyścigu, jesteś skupiony na tym, co się dzieje. Myślisz, czy czujesz się słabiej, czy powinieneś zjeść jeszcze jednego żela, czy to jest wynik tego, że masz zły dzień, czy możesz przyśpieszyć, czy nie – także prowadzisz w głowie takie różne dyskusje z samym sobą. To jest czas, powiedzmy, pięciu godzin, czyli trochę tam ze sobą jesteś – ze sobą i swoimi myślami. I trzeba się zmierzyć z tą tak zwaną samotnością długodystansowca. Jesteś sam ze sobą… ale wracając do Twojego pytania – tak, chciałam pochodzić na jakieś zajęcia z medytacji, nauczyć się pracować głową, umieć nastawić głowę na wysiłek, ale nie znalazłam czasu. Chciałam też chodzić na inne ćwiczenia, by wzmocnić mięśnie inne niż te używane w triathlonie, ale wszystkie te piękne idee spaliły na panewce. Po prostu życie – starczyło mi czasu tylko na te trzy dyscypliny. Myślę, że to jest kwestia wbudowanej w człowieka chęci zwyciężania. Coś bardziej takiego.

MB: Adrenalina?

LŚ: No tak, adrenalina się pewnie włącza, te wszystkie substancje w ciele się produkują, produkują się wszystkim dookoła, natomiast ja mam coś takiego w sobie, że jak się ścigam, to się ścigam. Nie potrafiłabym tego zrobić wolno, na zasadzie: „dobra, pojadę na triathlonik i sobie zrobię to dla przyjemności”. No nie – jak już staję na tym starcie, to już daję z siebie wszystko. I nigdy się nad tym nie zastanawiam. Po prostu tak jest.

MB: Jeśli chodzi o połówki – to Twoim najlepszym wynikiem jest ten wynik z Bełchatowa?

LŚ: Tak, choć to ciężko porównywać ze względu na przewyższenia.

MB: Ale ciężko w ogóle znaleźć w klasyfikacji ogólnej jakąś kobietę – musiałem przewijać dalej i dalej… Więc w ogóle chapeau bas za wzięcie udziału.

LŚ: No tak, to już jest dobry czas. Kobieta, która wygrała w Luksemburgu miała czas 4h 39’. Był to dużo lepszy czas od mojego – o około 22 minuty, więc porównując, jest jeszcze coś do zrobienia, natomiast Daniela Ryf, najlepsza triathlonistka, Szwajcarka, zrobiła połówkę Ironmana w zeszłym roku w Gdyni w 3h 57’. Tylko ona jest już zawodnikiem pro i jedyne, czym się w życiu zajmuje, to triathlon, więc to też należy wziąć pod uwagę i porównywać się do osób, które prowadzą tzw. normalne życie, które bywa trudne. Ja też nie ukrywam, że część tych treningów robię na ogromnym zmęczeniu i to też nie jest super opcja. Dobrze by było być wyspanym najedzonym i nawodnionym, natomiast można powiedzieć, że te moje 4h i 52’ to już jest dobry czas, jak na kobietę. Zresztą wygrałam te zawody. No ale było pięć zawodniczek. To pokazuje różnicę miedzy Polską a zagranicą – tu jest pięć zawodniczek w ogóle, a za granicą, w Twojej kategorii, czyli K40–44, jest ich, powiedzmy, 120.

MB: Tylko w tej grupie wiekowej?

LŚ: No tak. Za granicą jest bardzo dużo kobiet, które trenują triathlon i jest to bardzo rozpowszechnione. I widać po poziomie zawodniczek, że muszą to już jakiś czas robić. W Polsce jest to jeszcze bardzo nowe, stąd pięć zawodniczek na starcie w Bełchatowie, a w Gdyni – ale to są bardzo popularne zawody – było ich około, jak dobrze pamiętam, 35. Jeśli chodzi o tę motywację, to tak teraz myślę – choć nie jest to u mnie w żaden sposób wytrenowane – ale od moich pierwszych zawodów w Piasecznie – to była jedna ósma dystansu – nie potrzebowałam nic, żeby się śpieszyć. Tak wychodziło.

MB: Za Piaseczno dostałaś podkowę.

LŚ: Podkowę Kuźni za debiut roku dostałam jednak za całokształt, a głównie za Boulder, bo tam miałam czas 5h 24’, co na debiut na połówce, plus za fakt, że było to dość wysoko w górach itd., itd… to chyba nieźle sobie wtedy poradziłam i to chyba moi koledzy z klubu docenili. Ale w tym roku też były inne zawody, więc można powiedzieć, że za całokształt. Boulder to była moja pierwsza połówka w życiu i chyba od samego początku wiedziałam, że ten triathlon mi pasuje, że mam ku temu predyspozycje, bo od pierwszych zawodów w Piasecznie dobrze mi szło i sprawiało mi to przyjemność. Bo to jest tak, że próbujesz różnych sportów, ale nie wszystko zaskoczy, nie wszystko Ci pasuje, ale przede wszystkim musisz lubić to trenowanie.

MB: Wydaje mi się, że jest to dobry wzorzec charakteru. I jeśli ktoś ma jakieś marzenie, to powinniśmy dążyć do tego, by się spełniło.

LŚ: Bałam się tego, że moje córki będą myśleć, że wolę iść na trening niż być z nimi. Mieliśmy wiele rozmów na ten temat. Ewidentnie im mnie brakuje, ale wcześniej sobie ustaliliśmy, że do jakiegoś czasu tak właśnie będzie, i że to będą trudne dwa miesiące przygotowań – one zostały wcześniej o tym poinformowane i wiedziały, że to się kiedyś skończy, więc takie coś jest ok. One na pewno to bardzo przeżywają, ale w pozytywny sposób, na zasadzie: „Moja mama się stara, jest super”, a to też jest dla mnie miłe.

MB: Czy sport pomaga Ci w sensie biznesowym?

LŚ: Długo się nad tym zastanawiałam. Wcześniej nie angażowałam się tak bardzo w sport. W badaniach Gallupa wyszło mi, że jestem „achieverem” – ewidentnie – jestem taką osobą, która oprócz samego osiągania celów musi mieć jakąś nadrzędną wizję. Mam wrażenie, że tę część potrzeb, którą kiedyś wypełniał mi biznes, teraz zaspokaja sport. Na pewno jest to jeden z powodów. Spotkałam wiele osób z biznesu, które uprawiają triathlon i są to bardzo ambitne jednostki. Są w stanie godzić różne rzeczy i czerpać z tego zadowolenie. Umieć wychodzić ze strefy komfortu.

MB: A uważasz, że za tym sportem bardziej stoi siła psychiczna niż predyspozycje i wytrenowanie?

LŚ: Myślę, że bez siły psychicznej nie jesteś w stanie przeskoczyć pewnego poziomu. Bo tam zawsze jest ból. Ten ból trzeba zaakceptować i w pewnym sensie lubić i widzieć w nim jakiś sens, więc na pewno siła psychiczna jest bardzo ważna. To widać czasem na trasie – niektórzy się poddają. W Bełchatowie na przykład było 31 stopni, zrobiło się parno przed burzą, było okropnie. I na tych dwóch ostatnich kółkach było mi źle. No i byli ludzie, którzy stawali i maszerowali do mety. A Ty nie stajesz, więc coś powoduje, że jednak ciśniesz do końca. I tu jest bardzo ważna głowa, natomiast są różne predyspozycje fizyczne i nie każdy szybko widzi efekty treningu. Więc te dwa aspekty są równie ważne. W biznesie raczej głowa jest ważniejsza i różne predyspozycje charakteru, które się ma, a tutaj – te możliwości fizyczne… no nie da się tego obejść.

Lucyna Śliż

Lucyna Śliż, od 18 lat jest związana z branżą nieruchomości. Ukończyła wydział Architektury na Politechnice Warszawskiej. Pierwsze kroki zawodowe stawiała pracując w dziale powierzchni handlowych w firmie deweloperskiej Echo Investment, potem w firmie DTZ. Lucyna obecnie zarządza działem powierzchni handlowych w międzynarodowej firmie doradczej Cushman & Wakefield, gdzie jest odpowiedzialna za rozwój biznesu.

Lucyna na co dzień trenuje w klubie „Kuźnia Triathlonu”, do którego trafiła ponad dwa lata temu przygotowując się do swoich pierwszych zawodów, które miały być swoistym prezentem na 40-te urodziny.

W tym roku po raz pierwszy w życiu wzięła udział w zawodach Ironman na pełnym dystansie. Odbyły się one w Mont Tremblant w Kanadzie.

Zawody udało się jej ukończyć z czasem 10:46:59, dzięki czemu została sklasyfikowana na 4. miejscu w swojej kategorii wiekowej i otrzymała przepustkę na Mistrzostwa Świata Ironman, które odbędą się już 12 października w Kona na Hawajach.

Lucyna podkreśla, że w przygotowaniach do zawodów ogromną rolę odegrało wsparcie rodziny oraz wyrozumiałość szefa, Charlesa Taylora, partnera zarządzającego Cushman & Wakefield w Polsce, który wyraził zgodę na dodatkowy urlop związany z treningami, zgrupowaniami i wyjazdem na zawody. „Cushman & Wakefield to miejsce, które umożliwia kobietom realizację, zarówno pod względem zawodowym, jak i prywatnie. Czuję się spełniona zawodowo, prywatnie i sportowo, ale przyznaję, że łączenie tego wszystkiego nie jest proste – wymaga dużej asertywności i umiejętności zarządzania czasem. Wszystko da się zrobić, trzeba to tylko odpowiednio wcześniej zaplanować.”



Kontakt

Eliza Bingul

Associate Director

Warsaw, Polska

Telefon +48 228202128

Kontakt